MUZYKA21 Toggle

Muzyka21

9 (134) wrzesień 2011

 

W zeszłym roku ukazała się świetna płyta z kwartetami smyczkowymi Zygmunta Noskowskiego, która zdobyła znakomite recenzje. Zarówno repertuar, jak i wykonawstwo. Pani na swój debiut fonograficzny wybrała też muzykę Zygmunta Noskowskiego, dlaczego?

Bo to fascynująca, urzekająca i piękna muzyka. Ale o tym za chwilę. Wrócę na moment do czasów mojej edukacji… Kiedy studiowałam w Warszawie, a także potem w USA, podczas dwuletnich studiów podyplomowych na University of Illinois, mogłam skupić się na poznawaniu muzyki romantycznej i XX. wiecznej. W Warszawie, studiując w klasie śp. prof. Mirosława Ławrynowicza, zajmowałam się głównie Ysaÿem, Sarasatem, Czajkowskim, Wieniawskim, Szymanowskim. W Ameryce pracując pod kierunkiem znakomitego skrzypka Sibbi Bernhardssona (Pacifica Quartet) poznawałam muzykę Ernsta, Sibeliusa a także kompozytorów amerykańskich: Korngolda, Coplanda i Crumba. Właśnie podczas studiów w Ameryce zapragnęłam w przyszłości nagrać utwory nieznanego polskiego kompozytora z okresu romantyzmu, lub późnego romantyzmu. Kontakt z publicznością amerykańską, jak i z Polonią amerykańska, utwierdził mnie też w przekonaniu, że istnieje spore zapotrzebowanie na promocję polskiej kultury muzycznej na świecie.

Kiedy więc w 2008 roku Pan Jarnicki zaproponował mi nagranie utworów Noskowskiego poczułam, że wreszcie zrealizuje się to, o czym długo marzyłam. Na rok 2009 przypadała 100-letnia rocznica śmierci Zygmunta Noskowskiego i z tej okazji Acte Préalable planowało nagrywanie dzieł kameralnych i solowych tegoż kompozytora. Był to odpowiedni moment na podjęcie się takiego zadania. W tym czasie przebywałam w Wiedniu. Odbywałam specjalizację w dziedzinie muzyki dawnej. Poznawałam nowe środki wykonawcze: niezliczone możliwości artykulacyjne, myślenie gestem muzycznym. Uczyłam się także zdobnictwa i improwizacji. To wszystko kształtowało w nowy sposób moje myślenie muzyczne.

Z racji moich planów artystycznych realizowanych w Austrii projekt z Noskowskim musiał trochę poczekać. Wiedziałam, że to duże przedsięwzięcie, któremu chcę i powinnam poświęć należny czas i uwagę. Noskowski – kompozytor o romantycznej duszy – to mistrz formy, którego utwory są niezwykle śpiewne i melodyjne. Charakteryzuje je zmienność nastrojów: melancholia i pasja, czasem wkrada się żart. Dla muzyka to ogromne pole do popisu. Może pokazać własną inwencję, okoliczności ku temu co niemiara!

To ciekawe, co Pani mówi o muzyce Zygmunta Noskowskiego. Jednak fonografia przeżywa teraz kryzys, trudno wydawcom znaleźć nabywców dla płyt, jak zatem zachęcić melomanów do sięgnięcia po pani płytę?

Na mojej płycie zawarte są nie tylko utwory pełne romantycznego czaru, nostalgii i tęsknoty, ale i szaleńczo radosne, o nieokiełznanym wręcz temperamencie. Jestem pewna, że warto odkrywać Noskowskiego! Dobrze jest móc wyrobić sobie na temat jego twórczości pełne zdanie. On zaskakuje!

Pani interpretacja to połączenie wirtuozostwa i świetnego odczuwania ukrytych w tej muzyce emocji, jakie starał się przekazać Noskowski. Jak pani znalazła tak dobry klucz do interpretacji tej zapomnianej muzyki?

Dziękuję za te słowa uznania. Muzyka żyje emocjami, w końcu jest ich wyrazem. Z natury jestem osobą uczuciową. To czasem przeszkadza w życiu codziennym, ale w muzyce jest to cecha absolutnie priorytetowa! Emocje jakie zawarł w swych utworach Noskowski są jasne. Ja tę muzykę po prostu pokochałam i starałam się wsłuchać w jej wymowną treść. Jeśli chodzi o klucz do interpretacji, to oczywiście nie bez znaczenia jest mój codzienny kontakt z wykonawstwem historycznym. Frazy nabierają innej wymowy, blasku. Muzyka staje się wtedy „mową dźwięków” – jak mówi Nikolaus Harnoncourt.

Jest pani w pewien sposób pionierką, która odkrywa muzykę Zygmunta Noskowskiego. Spoczywa zatem na pani wielka odpowiedzialność, bowiem od tego nagrania może wiele zależeć, inni sięgną po tę piękną muzykę, albo dalej będzie ona dalej zapomniana…

Ojej! Tak…odpowiedzialność (śmiech)! Nie myślałam o tym w trakcie realizowania projektu. Chciałam wykonać swoją misję jak najlepiej, z ogromnym zaangażowaniem. Ważne było dla mnie, aby inni poznali tę muzykę, by to nagranie stało się zachętą. Informacją, że ta muzyka istnieje i każdy skrzypek może ją włączyć do swego repertuaru. Układając programy koncertowe, np. z muzyką polską (co sama często czynię), sięga się po tzw. „żelazny repertuar” – np. utwory Wieniawskiego czy Bacewicz. Ja często grywam też Szymanowskiego czy Nowowiejskiego. Lutosławskiego też. Ale potrzeba wyraźnego urozmaicenia! Jeden czy dwa „żelazne” utwory, ale reszta musi być nowa, ciekawa, poruszająca. Z mojego doświadczenia umiejętnie dobrany program koncertu jest najważniejszy – to połowa sukcesu!

Na jakie trudności pani natrafiła w opracowaniu tego repertuaru, a co było wielką frajdą i przyjemnością przy jej nagrywaniu?

Pan Jarnicki przekazał nam do dyspozycji nuty wydane w większości jeszcze w Niemczech, w dziewiętnastym wieku. Bez głosu skrzypcowego. W swojej inter­pretacji więc kierowałam się dynamiką, artykulacją, a także frazowaniem, jakie w partyturze umieścił wydawca, a które – pragnę wierzyć – są zamysłem samego kompozytora. Jeśli chodzi o miniatury – nie­stety, nie udało nam się dotrzeć do rękopisów. Chyba zaginęły. Inaczej ma się sprawa z Sonatą a-moll. Po przegraniu jej na podstawie nut zredagowanych przez PWM (1992) mieliśmy pewne wątpliwości, gdyż wiele współbrz­mień po prostu nie pasowało do siebie! Na szczęście z odsieczą przybył nam wydawca płyty, który w błyskawicznym tempie zdobył kopię rękopisu Sonaty. Dzięki oryginałowi, na którym w całości oparliśmy dalszą pracę, udało się nam wyeliminować (mamy nadzieję!) wszelkie błędy wydawnicze, zastosować oryginalną dynamikę, frazowane i artykulację. Porównując manuskrypt z wydaniem PWM, stwierdziliśmy, że redaktorzy wydawnictwa dopuścili się dużych zmian artykulacyjnych i dynamicznych. Jakże często był on „poprawiany”…Dlaczego?

Frajdą było odkrywanie nowej muzyki, bez brzmiących w uszach stereotypów wykonawczych. To wzmaga poczucie bardzo osobistego stosunku do tych utworów. W końcu to ja byłam przy nich po tylu latach pierwsza! Tu chciałabym właśnie wyrazić uznanie dla wspaniałej inicjatywy Pana Jarnickiego, który inspiruje artystów i dokonuje nagrań nieznanej, zapomnianej muzyki polskiej. Wnosi tym ogromny wkład w rozwój naszej kultury muzycznej w kraju i na świecie.

Nagrała pani tę płytę w Wiedniu, tam są lepsze warunki pracy niż w Polsce?

Warunki pracy nie mają z tym nic wspólnego. Z powodów logistycznych łatwiejszym było po prostu przeprowadzenie nagrania w Wiedniu.

Towarzyszy pani na fortepianie węgierski pianista Donát Deáky. Jak on odkrywał i rozumiał tę bardzo polską muzykę Zygmunta Noskowskiego?

Muzyka spodobała mu się od razu. Serca mamy w końcu na całym świecie takie same. Przeżywamy w podobny sposób. Przy pierwszym czytaniu muzyki Noskowskiego poczuliśmy się oboje tak, jak gdybyśmy odkopali jakiś ukryty skarb. W zasadzie nie mogliśmy uwierzyć, że te utwory, tak melodyjne, idealne do wypełnienia programów recitali skrzypcowych, są po prostu nieznane. Pianista – Węgier z krwi i kości – tym bardziej tego nie mógł zrozumieć. W jego kraju bowiem, dziedzictwo muzyczne jest bardzo pielęgnowane. Węgrzy dumni są z każdej klasycznej czy też ludowej twórczości. Na pamięć znają tradycyjne melodie, pieśni. Archiwizują je i dbają o swoją kulturę…

Zostawmy na moment pani debiutancką solową płytę. Kiedy postanowiła pani, że gra na skrzypcach, że to będzie sposób na życie?

Już od dzieciństwa byłam pewna, że chcę występować na scenie. Kontakt z publicznością to wspaniałe, wręcz uzależniające przeżycie. Jako siedmiolatka po raz pierwszy miałam okazję wystąpić jako solistka z Żeńską Orkiestrą Kameralną pod dyrekcją śp. Danuty Kołodziejskiej. Pamiętam, że byłam bardzo tym przejęta. Już wtedy wiedziałam, że całe życie chcę grać na skrzypcach. W którymś momencie przerodziło się to w wielką pasję, a miłość do muzyki i instrumentu przyszła na dobre w trakcie nauki. Dzięki mojej Mamie – koncertującej organistce i świetnemu pedagogowi, już jako przedszkolak miałam kontakt z muzyką – głównie barokową. Mama była moją akompaniatorką, z nią też od najmłodszych lat występowałam. Na mniejszych koncertach, ale i na bardzo renomowanych festiwalach, nie tylko w Polsce, ale także i w Szwecji. To ona, można powiedzieć, wyszkoliła mnie w ważnych dla muzyka kwestiach: jak zachowywać się na scenie lub jak oszczędzać siły przed występami. O tym się nie mówi, tego nikt w zasadzie nie uczy, a ja to otrzymałam – można powiedzieć – z domu. Jeśli chodzi o ćwiczenie… nikt do tego mnie nie zmuszał. Kiedy zaczęłam grywać poważny repertuar, zapał i pracowitość przyszły same. Na studiach w Warszawie i w Ameryce rozwijałam swoje zainteresowania, pasjonowała mnie twórczość Eugéna Ysaÿe’a, o niej napisałam nawet pracę dyplomową. Od 2005 roku jestem związana z Wiedniem, gdzie z kolei poznałam pełniej barok i klasycyzm, co bardzo mnie rozwinęło. Jako muzyk cieszę się ze swojej wszechstronności stylistycznej. Wykonuję bardzo chętnie każdą literaturę, od baroku po współczesność.

Proszę nam opowiedzieć o swojej działalności w Wiedniu. Co ciekawego ma w sobie klasyczny i barokowy Wiedeń?

Austriacy z dumą promują swoją kulturę i wygrywają na tym. W Wiedniu zachowała się np. wspaniała tradycja: dzieła sakralne Schuberta, Mozarta i Haydna wykonywane są podczas sum – mszy niedzielnych, dokładnie tak jak za życia tych kompozytorów. Muzyczne msze – koncerty odbywają się w kilku kościołach starego miasta. Konkurują ze sobą Katedra św. Stefana, kościół Jezuitów i kościół Augustianów, w którym dyrygował sam Mozart. Występują w nich rewelacyjni soliści oper wiedeńskich (Volksoper, Staatsoper, Kammeroper itd.). Chór jest zazwyczaj 80. osobowy. Orkiestra kameralna, w której grywam zrzesza często muzyków z takich zespołów jak Concentus Musicus Wien, RSO, Wiener Symphoniker czy Wiener Kammerorchester. Do moich ulubionych należą msze Haydna takie jak „Theresienmesse” i „Nelsonmesse”, Mozarta „Loretomesse” czy „Picolominimesse”, a także „Grosse Messe F-dur D 105” Schuberta. Wykonuje się również msze Diabellego czy Salieriego. Są to na prawdę zachwycające dzieła! Oprócz tego, jako koncertmistrz, mam okazję prowadzić inne, zupełnie nieznane dzieła sakralne. Ostatnio była to msza e-moll Antonio Caldary. Wykonaliśmy ją w kościele św. Karola (Karlskirche) – perle austriackiego baroku. 
Jeśli chodzi o Wiedeń barokowy właśnie, to warto wspomnieć, jak niesłychanie ważną rolę odgrywała na dworze Habsburgów (szczególnie za czasów Leopolda I i Karola VI) muzyka. Z Wiedniem związani byli najwspanialsi kompozytorzy. Przyjeżdżało też do pracy sporo Włochów. Tu dokończył żywota np. sam Antonio Vivaldi. Biblioteka Narodowa (Nationalbibliothek) w Wiedniu posiada fantastyczne zbiory z tego okresu (Musica Leopoldina), które udostępniane są każdemu zainteresowanemu, w dodatku w oryginalnej formie (rękopis). Jeśli chodzi o moją działalność w Wiedniu, to w 2008 roku powstał mój zespół – Cambiata Wien, który wykonuje typową dla austriackiej twórczości pięciogłosową muzykę na 2 skrzypiec, 2 altówki i basso continuo – (violone i klawesyn, tudzież organy). Zespół mój jest jedną z niewielu w swoim rodzaju grup, której nadrzędną ideą egzystencji artystycznej jest wymiana. Występujący w niej wykonawcy czterech górnych partii instrumentalnych nie tylko wymieniają się miejscami, ale przede wszystkim właśnie instrumentami: barokowymi skrzypcami i violą da braccio. W efekcie, każdorazowo powoduje to niezwykłe metamorfozy w brzmieniu i kolorystyce dźwiękowej zespołu. Aktywność i indywidualizm każdego z kameralistów są doskonale wyeksponowane…

Ma pani też doświadczenie gry w szwajcarskiej orkiestrze barokowej La Cetra, którą prowadzi świetny włoski dyrygent Andrea Marcon. Jak się pani znalazła w tak dobrej orkiestrze…

Odwiedzałam moją przyjaciółkę w Bazylei. W 2009 roku studiowała ona jeszcze u Andrei klawesyn. Poszłam na jej lekcję, zagrałyśmy razem. Szykowałyśmy się do konkursu w Austrii, była okazja zagrać dla Mistrza. Skończyło się na tym, że sam Andrea Marcon siedział przy klawesynie… miałam ten zaszczyt zagrać z nim sonatę Bibera! Jakaż to była frajda! W pół roku po tym muzycznym spotkaniu zadzwonił telefon z La Cetra Basel, że Maestro mnie polecił…

Nagrywaliście dla Deutsche Grammophon „Uwertury” Mozarta i album „Mostly Mozart” z nową gwiazdą fonografii, niemiecką sopranistką Mojcą Erdmann. Proszę nam o tym opowiedzieć…Jaki styl pracy przyjął Andrea Marcon w nagraniu orkiestrowym?

Andrea to artysta wyjątkowy. Niezwykle ukierunkowany na piękno i człowieka. Ma bogate doświadczenie, dyryguje od 20 lat. Założył takie zespoły jak I Sonatori de la Gioiosa Marca, czy Venice Baroque Orchestra. Dyryguje operami barokowymi w największych teatrach w Europie. W sezonie 2012/2013 będzie dyrygował orkiestrą Berliner Philharmoniker, to jest absolutna rewelacja! Nagrania z La Cetrą odbywały się we wspaniałej, optymalnej atmosferze. Mnie zapadł w pamięć właśnie projekt z Uwerturami. Andrea bawił się tą muzyką. O utworach myślał zawsze „alla breve”, tempa były niekiedy zawrotne, ale my tego wcale nie czuliśmy! Smyczki były głównie ze Szwajcarii i z Niemiec, było kilku Francuzów. Dęte instrumenty prawie w całości przyjechały z Austrii. Klarnety i flety z Wiednia i Linzu, a trąbki i puzony z Innsbrucka. System pracy był bardzo praktyczny. Nagrywaliśmy jedną uwerturę od początku do końca. Trwało to kilka minut. Następnie następowało jej odsłuchanie w reżyserce. Każdy z muzyków tam szedł, czuło się odpowiedzialność zbiorową. W chwile potem następowało ponowne nagranie i kilka dubli. To wszystko. Praca szła szybko i sprawnie. W przerwach mieliśmy okazję rozmawiać z Andreą, żartować z nim, zadawać pytania. Widać było, że projekt ten jest dla niego ogromnie ważny. W końcu po raz pierwszy wszystkie uwertury Mozarta miały zostać nagrane na oryginalnych instrumentach. I to pod jego batutą!

Wróćmy teraz do Noskowskiego. Czy grała pani te utwory na koncertach? Jak były przyjmowane?

Noskowski znakomicie zdaje egzamin. Najżywiej publiczność reaguje na Berceuse op.11, także bardzo podoba się Caprice à la Bourrée. op. 24 nr 3. Na bis świetnie pasuje Chansonette d’Ukraine. Każdy koncert na którym przedstawialiśmy z pianistą muzykę tego polskiego kompozytora, kończył się niezwykle żywą, wręcz gorącą reakcją publiczności.

Jakie wyzwania stawia przed skrzypkiem muzyka Zygmunta Noskowskiego i, co równie ważne, co daje jej wykonywanie i nagrywanie?

Nagranie i wykonywanie twórczości skrzypcowej Noskowskiego to wyróżnienie, że to mnie właśnie przypadł zaszczyt promowania tej muzyki. Wykonując spotkałam się z kilkoma problemami jak np. uchwycenie odpowiedniego nastroju i charakteru tej muzyki, który jest w większości bardzo melancholijny. Nie każdy wykonawca potrafi się z tym utożsamić. Ta muzyka – może zabrzmi to banalnie – wymaga też oddechu i rozmachu. Z jednej strony melancholijność, wzdychanie, a z drugiej rozmach i patos. Skrzypek musi użyć swojej fantazji, przygotować sobie bogatą paletę barw dźwiękowych, uwypuklać zmiany afektów. Weźmy na początek trzy utwory z op. 24: Chanson ancienne, Chanson moderne oraz Caprice à la Bourrée. Liryczna Chanson ancien­ne wymaga od skrzypka wzbudzenia szczególnego nastroju zadumy, a w sferze technicznej umiejętności prowadzenia długich fraz. Konieczne jest zastosowanie zróżnicowanej prędkości smyczka przy nagłych zmianach dynamicznych. W Chanson moderne sam początek tylko wymaga z kolei bardzo spokojnego prowadzenia smyka, zróżnicowanej wibracji, lub gry non-vibrato. Użycie tych środków wykonawczych narzuca zaskakująca harmonia fraz początkowych, ale i także pełna napięcia, część środkowa. Tu z kolei konieczny jest soczysty, natężony dźwięk, szczególnie w momentach ekspresyjnych. Capri­ce à la Bourrée , zamykający ten cykl, to miniatura o charakterze wirtuozowskim. Bojowy nastrój przeplata się tu z epizodami o żartobliwym charakterze. Potrzebne jest zdecydowanie, porządek, a także przemyślany dialog z fortepianem. Najciekawszą w opracowaniu dla mnie, oprócz Sonaty, była króciutka Chansonnette d’U­kraine op. 26 nr 2a. Ta z pozoru nieskomplikowana ukraińska „piosnka” skrywa w sobie sprzeczne emocje. Tu zdecydowaliśmy się z pianistą na małą samowolę. Oznaczone w nutach tempo utworu „un poco lento e molto cantabile” zamieniliśmy na nieco żywsze, a ponadto postawiliśmy na dużą swobodę agogiczną. Było coś dzikiego w tym utworze, coś mrocznego…szalonego! Bardzo chcieliśmy to wydobyć.
Berceuse op. 11 to kołysanka. Wbrew pozorom jednak, kompozytor najwyraźniej oczekiwał od wykonawcy raczej żywej, niż „usypiającej” interpretacji. Oznaczenie tempa „allegretto, con molto di moto (quasi vivace)” narzuca bowiem lekki, motoryczny charakter. Znów wyzwaniem było długie frazy, pomimo tempa i zawartych w nutach pauz. Osobiście utwór ten odbieram jako narrację, pewną wypowiedź, wyobrażałam sobie doświadczonego mówcę, który opowiada coś z zaangażowaniem lecz potrzebuje czasem wziąć szybki oddech… Na płycie zarejestrowana została także Sonata a-moll, wyróżniona w roku 1893 na konkursie Towarzystwa Muzycznego „Carillon” w Brukseli. To duża i złożona forma. Dla mnie niezwykle bogata jest część druga – Temat z wariacjami. Bardzo piękna i ekstatyczna jest w niej wariacja II (ciekawe jest oznaczenie jej tempa: „comodo” czyli wygodnie). Wymaga ona ekstremalnej zmiany nastrojów w trakcie wykonywania karkołomnych figuracji trzydziestodwójkowych – tła dla tematu wykonywanego przez fortepian. Także Finał Sonaty był kondycyjnie niemałym wysiłkiem. To swoiste perpetuum mobile z mistrzowsko wręcz wkomponowaną podwój­ną fugą w partii fortepianu wymaga żelaznej dyscypliny rytmicznej. W praktyce równało się to z zaprzyjaźnieniem się na zawsze z metronomem. Podsumowując, każdy z tych utworów stawiał zupełnie różne wymagania…

Już na dobre w naszej świadomości jest umiejscowione stylowe wykonywanie muzyki dawnej. Ciekawi mnie Pani zdanie i stosunek do wykonań muzyki dawnej, do panującej mody na historyczne poinformowanie przy jej wykonywaniu, co narzuca muzykom – szczególnie z grupy smyczków – sporo ograniczenia, można rzec: manieryczność…

Oczywiście istnieje pewna moda. Ja natomiast staram się nie podążać za nią. Sięgając do źródeł i czytając je, samodzielnie rozwijam swoją wiedzę i estetykę wykonawczą. Czytając np. traktaty francuskie mówiące o muzyce włoskiej i włoskie o niemieckiej, samemu można wywnioskować jak ta muzyka musiała brzmieć. Czym innym jest wiedza. Szkoły skrzypcowe „The Art of Playing the Violin” Francesco Geminianiego, Leopolda Mozarta „Versuch einer gründlichen Violinschule” a także Giuseppe Tartiniego „Lettera alla signora Maddalena Lombardini inserviente ad una importante lezioni per i suonatori di violino”, czy „Traité des agréments de la musique” to podstawowe kompendia na najważniejsze tematy dotyczące tajników wykonawstwa historycznego. Polecam ich lekturę tym skrzypkom, którzy interesują się dokonaniami epok wcześniejszych. W dzisiejszych czasach człowiek nie powinien być na te informacje zamknięty. W dobie internetu dostęp do źródeł jest łatwy.

Ma pani swoich ulubionych skrzypków, dyrygentów?

Jeśli chodzi o skrzypków, nie sposób wymienić wszystkich, którzy mi imponują. Niech to będzie jakieś moje ostatnie zauroczenie: Thomas Zehetmair i Patricia Kopatchinskaja. Nade wszystko podziwiam jednak legendarne wykonania. Charakterystyczne portamenta Jaschy Heifetza, wirtuozerię Ivry Gitlisa, słodycz dźwięku Christiana Ferrasa, a także głębię interpretacji Ginette Neveu. To one fascynują mnie w dalszym ciągu najbardziej. Obecnie bliskie mi są także nagrania muzyki barokowej: tu pragnę wymienić fenomenalnych skrzypków włoskich: Giuliano Carmignolę i Enrico Onofriego, który jest również charyzmatycznym dyrygentem. Oczywiście ogromny podziw i respekt mam względem mojego byłego profesora Gunara Letzbora, ze względu na innowacyjną i charakterystyczną interpretację muzyki barokowej.

Jakie są pani najbliższe plany artystyczne?

Niedługo nagrywamy z Ars Antiqua Austria dzieła osiemnastowiecznego kompozytora Josepha Balthasara Hochreitera. Będzie to fonograficzna premiera nieznanej twórczości tego odkrytego niedawno kompozytora austriackiego. Z programem tym będziemy koncertować również w Orvieto we Włoszech, a także w na festiwalu Musica Antiqua w Brugii w Belgii. Najbliższe miesiące to też moje recitale solowe. Najpierw muzyka polska podczas Wiener Festwochen w Wiedniu (zabrzmią między innymi 3 miniatury op.24 Noskowskiego), a potem występy z Mamą w Polsce gdzie zagramy Mariana Sawę. Z kolei ze znakomitą klawesynistką Magdaleną Malec wystąpię w Charlesroi w Belgii z wirtuozowskim programem austriackiego Baroku: Biberem, Schmelzerem, Vivianim i Bertalim. W lipcu będę też w Danii, tam z recitalem Bachowskim. To wszystko na skrzypcach z epoki.

Muzyka to ważny element pani życia. Czy znajduje pani czas na jakieś pozamuzyczne pasje?

Muzyka to nie element, lecz chyba treść mego życia, więc i pasja. Oczywiście mam też szerokie zainteresowania pozamuzyczne. Mogę wymienić wśród nich literaturę historyczną i biograficzną, z której można się niezwykle wiele nauczyć. Interesuje mnie również architektura sakralna epoki Baroku i sztuka użytkowa czasów Secesji (szczególnie Jugendstil w Austrii). Fascynuje mnie malarstwo symbolistyczne, szczególnie cenię Malczewskiego i Mehoffera. Lubię też Klimta. Podziwiam twórczość duńskich „malarzy światła” – Petera Kroyera i Michaela Ankera. Jestem też kolekcjonerem. Zbieram stare płyty z nagraniami legend pianistyki, takimi jak Artur Rubinstein, Jewgienij Mogiliewski czy Maria Judina. Ważny jest dla mnie kontakt z naturą. Uwielbiam góry. Przede wszystkim nasze Tatry – może ze względu na ich zapierające dech pejzaże. Mówiąc więc najzwyczajniej: pociąga mnie piękno. Moją najdziwniejszą pasją jest jednak gra na pile sopranowej. Wnosi wiele nowych impulsów w artystyczną codzienność. Ale to chyba historia na następny wywiad (śmiech)….

Dziękuję za rozmowę

 
 
                                                                                                                                                                                                                                                                                   Rozmawiał  Arkadiusz Jędrasik
 
 

 wróć